|
EKONOMIA I RYNEK W ciągu roku liczba polskich firm działających w stolicy Niemiec prawie się potroiła
Przyczółek Berlin
Coraz więcej polskich firm myśli o
podboju niemieckiego rynku. Wiele jako przyczółek wybiera Berlin, bo
miasto znajduje się niedaleko naszej granicy i mieszka w nim wielu
Polaków. Stąd zaś bardzo łatwo działać na terenie całych Niemiec.
W ciągu roku liczba polskich firm zarejestrowanych w berlińskiej
Izbie Handlowo-Przemysłowej IHK prawie potroiła się. Pod koniec
2004 r. było ich 1327. Rok wcześniej niespełna 500. Wzrost jest tak
duży, że wśród firm, których właścicielami są cudzoziemcy, polskie
znajdują się na drugim miejscu po tureckich. Coraz częściej zdarza
się też, że Polacy wykupują firmy tureckie. Te statystyki nie
uwzględniają przy tym przedsiębiorstw, które założyli Polacy
posiadający niemieckie obywatelstwo.
Ciągle nowi
Wśród nowych polskich firm pojawił się w ostatnich miesiącach w
Berlinie Bytom, który otworzył sklep w prestiżowej dzielnicy miasta
Charlottenburg. Firma Fleitscher Mat z Zielonej Góry otworzyła
sklep mięsny. Od niedawna działa cukiernia Jagoda i restauracja Alt
Krakau.
Powstające w Berlinie polskie firmy są w większości małymi
przedsiębiorstwami pełniącymi często rolę pośrednika pomiędzy
polskimi producentami a niemieckimi odbiorcami. Zatrudniają jednak
co najmniej po kilku niemieckich pracowników i coraz bardziej liczą
się w niemieckiej gospodarce.
Rośnie także w Berlinie liczba osób podejmujących samodzielną
działalność gospodarczą w usługach. Jak informuje Angela Barstch z
Izby Rzemieślniczej Berlina, jedynie od maja do grudnia ubiegłego
roku w izbie zarejestrowało się 692 polskich rzemieślników. Jest
ich teraz ponad 940. Izba łącznie ma 28,5 tys. członków.
- Spodziewamy się dalszego napływu polskich rzemieślników.
Zdecydowana większość świadczy usługi w budownictwie - mówi Angela
Bartsch. Na razie mogą jedynie korzystać z samozatrudnienia, bo
Niemcy zastrzegły sobie siedmioletni okres przejściowy przed
wprowadzeniem swobody świadczenia usług przez firmy z Polski w
kilku kluczowych dziedzinach. Mimo to napływ polskich rzemieślników
jest zjawiskiem obserwowanym w całych Niemczech.
Poważnym ułatwieniem w rozpoczęciu tego typu działalności była
liberalizacja niemieckiej ustawy o rzemiośle i poważna redukcja
liczby zawodów, w których warunkiem prowadzenia samodzielnej
działalności gospodarczej było posiadanie uprawnień mistrzowskich.
Takich zawodów jest obecnie 41 zamiast 98. Jednak profesje, wobec
których wymagania uprawnień pozostały, są dla polskich
rzemieślników nadal w dużej mierze zamknięte. Jak twierdzi Angela
Bartsch, zaledwie 10 proc. polskich rzemieślników zarejestrowanych
w ostatnich miesiącach posiada dyplomy mistrzowskie.
Wobec zwiększającej się liczby rzemieślników szukających
możliwości samodzielnej pracy w Niemczech niemieckie urzędy
zaostrzyły także procedurę wydawania odpowiednich zezwoleń.
Wychodzą one nierzadko z założenia, że Polacy wykorzystują
instytucję samodzielnej działalności gospodarczej do ominięcia
okresów przejściowych. - Zainteresowanie ze strony polskich
rzemieślników jest ogromne, jednak niewielu z nich udaje się
spełnić wszystkie warunki - twierdzi Michał Gałkiewicz, szef
polskiej firmy doradczej z Berlina. Podstawową barierą jest
zameldowanie w Niemczech, co wymaga wynajęcia mieszkania. Pojawiają
się też trudności związane z płaceniem podatków w wypadku stałego
zameldowania w Polsce.
Tylko po angielsku
- Często zdarza się, że polskie firmy nie chcą być
identyfikowane z polskimi produktami, które na niemieckim rynku nie
zawsze kojarzyły się z najlepszą jakością - mówi Dorota
Thiel-Jankielewicz z Berlin Business Development Corporation,
rządowej organizacji promującej inwestycje w Berlinie. Jej zdaniem
jest to nieuzasadnione. Sami Niemcy przyznają, że poszukują
polskich produktów. Najczęściej jest to żywność, obuwie, ale i
programy komputerowe. - Poszerzenie Unii miało dla Berlina i całych
Niemiec bardzo pozytywne skutki - uważa Dorota Thiel-Jankielewicz.
Coraz częściej polskie firmy decydują się na używanie angielskich
nazw, bo to wydaje się najbardziej neutralne.
To nie jest łatwy rynek - przyznają polscy przedsiębiorcy.
Jacek Barełkowski, przewodniczący Stowarzyszenia Polskich
Przedsiębiorców w Berlinie Berpol, uważa, że nadal pozostało w
Niemczech wiele przeszkód natury biurokratycznej. Ale jednocześnie
dodaje: - Dawniej było trudniej. Liberalizacja niemieckich
przepisów i wejście Polski do UE przynoszą efekty. Sporo polskich
firm w Berlinie reprezentuje branżę spożywczą. Jest to przede
wszystkim handel detaliczny importowanych z Polski produktów.
- To zmienia na bardziej korzystny wizerunek Polski w stolicy
Niemiec i zwiększa zaufanie do polskich produktów. Berlin nie jest
łatwym rynkiem i wymaga szukania określonych nisz - dodaje.
Słuszna decyzja
Jarosław Łoposzko jest szefem jednej z tych firm, które
występują pod angielską nazwą. To Sweet Dream Baby Collection. Ale
jednocześnie przez samych Niemców jest wymieniany jako szef jednej
z tych firm, które odniosły w Niemczech prawdziwy sukces. - Przez
pół roku szukaliśmy odpowiedniego lokalu dla naszego sklepu z
towarami dla dzieci. W końcu podpisaliśmy umowę na trzy lata.
Trzeba także uzbroić się w cierpliwość i nie oczekiwać
natychmiastowych wysokich zysków. Oceniam, że rok czy dwa lata to
okres budowania pozycji na rynku i sporych wydatków na reklamę.
Optymalną formą działalności gospodarczej jest w mojej ocenie
założenie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, co wymaga
zaangażowania kapitału minimum 25 tys. euro. Mimo to już teraz jest
przekonany, że decyzja o wejściu na rynek niemiecki była
słuszna.
Danuta Walewska, Piotr Jendroszczyk z Berlina
| Solange Olszewska, wiceprezes Solaris Deutschland w Berlinie |
|---|
|
Niemiecki rynek jest trudny, ale dla polskich
firm najciekawszy ze względu na wielkość oraz geograficzną
bliskość. Jest otwarty dla wszystkich branż i Niemcy przekonują się
coraz bardziej, że Polska to nie tylko kraj taniej siły roboczej,
ale także produktów na najwyższym poziomie. Niemieckie firmy często
nie są zadowolone z polskiej konkurencji, gdyż panowało
przekonanie, że wejście Polski do UE otwiera jeszcze bardziej rynki
zbytu dla niemieckich towarów. Dlatego zdarza się, że pojawia się
irytacja w chwili, gdy Unia zaczyna działać w obie strony. Tak jest
z kontraktem naszej firmy na dostawę 260 autobusów miejskich dla
Berlina, z czego połowa to pewna dostawa, a pozostała część jest
opcją. Wygraliśmy przetarg, mimo że startowała w nim niemiecka
firma MAN produkująca także w Polsce. Wygraliśmy nie z powodu ceny,
ale jakości, która przy tego rodzaju produktach odgrywa decydującą
rolę. Równocześnie przejrzystość w organizacji przetargów w
Niemczech i brak tzw. kuchennych drzwi stwarza szansę dla
wszystkich, którzy mają do zaoferowania dobre produkty. Ten fakt
działa na korzyść polskich firm. Naszym firmom stawiającym pierwsze
kroki na niemieckim rynku radzę skorzystać z kadry młodych ludzi w
Niemczech mających związki z Polską, znających polską mentalność i
niemiecką biurokrację. To się po prostu opłaca.
|
| Roland Engels, prezes Berlin Business Development Corporation |
|---|
|
Nie zgadzam się z opinią, jakoby polskie
produkty były kojarzone z kiepską jakością. Być może tak było w
przeszłości, ale w tej chwili jest inaczej. Sam jeżdżę do pracy
wyprodukowanym w Polsce autobusem Solaris i wiem, że jest
komfortowy i niezawodny. Moja żona kupiła dwie pary polskich butów
firmy Gino Rossi i jest z nich bardzo zadowolona.
Mam nadzieję, że i obawy polskich przedsiębiorców przed
zakładaniem firm w Niemczech wkrótce będą należały do przeszłości.
Zależy nam na obecności polskich firm i w Berlinie, i w Niemczech.
Obiecuję, że moja organizacja zrobi wszystko, by polscy
przedsiębiorcy czuli się u nas komfortowo. Jakość usług i towarów
oferowanych przez polskie firmy jest bez zarzutu.
Oczywiście polscy przedsiębiorcy muszą się liczyć z
konkurencją. Ale i sami Niemcy mają świadomość, że każda nowa
firma, która powstaje na naszym rynku, daje miejsca pracy. W
trudnej sytuacji na niemieckim rynku pracy to jest nie do
przecenienia. Polska jest tak blisko Niemiec, że współpraca jest
nieunikniona.
|
|